piątek, 1 lipca 2016

Rozdział 1

Hej :) Witam po przerwie!
Zaczynam od nowa, może znów nie będzie to najlepsze, ale po zastanowieniu, uznałam, że tamte rozdziały są bardzo słabe... Chcę tą historię zacząć od nowa, mam nadzieję, że uszanujecie moją decyzję :)
Wasze rozdziały skomentuję, teraz jadę na wakacje, ale na pewno się za to wezmę, przepraszam...


***
                             Przepychałam się z Harrym przez tłum mugoli. Wynajęliśmy mieszkanie w mugolskiej części Londynu, toteż codziennie musieliśmy przedzierać się przez ludzi pędzących w każdą stronę miasta. Każdego dnia starałam się wychodzić z Harrym i Ronem na spacer, do kawiarni, czy mugolskiego kina. Wciąż chciałam dać im chwilę zapomnienia, jednak wymuszone wypady coraz bardziej mnie męczyły. Moi przyjaciele smętnie wykonywali jakiekolwiek ruchy, a podtrzymywanie rozmowy szło mi coraz gorzej, ciężko jest prowadzić ciągły monolog. Rozumiałam ich, w końcu stracili ważne osoby. Nie poddawałam się, chciałam by choć przez chwilę było jak dawniej. Śmierć Tonks, Lupina, Freda zabolała nas wszystkich, ale Ginny totalnie złamała nasze serca. Pani Weasley stała się cicha, schudła, a jej piękne, rude włosy przybrały siwy odcień. Pan Weasley znikał na całe dnie w pracy, próbując  się odciąć od reszty świata. George nadal zajmował się sklepem, a Ron mu pomagał. Czasami miałam wrażenie, że tylko tam zachowywali się prawie normalnie. Charlie pomagał rodzicom, na razie porzucił pracę w Rumunii. Billy tymczasowo przeprowadził się z Fleur do Nory. Ja nie chciałam, by chłopcy pozostawali w tym domu pełnym wspomnień. Wiedziałam, że przeszłości nie da się uniknąć i wcale tego nie chciałam, w końcu przeżyliśmy w Norze wspaniałe chwile, jednak przeprowadzka do mugolskiego świata rozpędziła trochę czarne chmury, kłębiące się nad naszymi rodzinami. Chłopcy zaczęli jako tako funkcjonować, nawet trenują quidditcha, choć czasami miałam wrażenie, że robili to tylko dla mnie… Bolało mnie, kiedy przechodziłam obok pokoju Harry’ego i słyszałam jego  płacz. Kochał Ginny najmocniej na świecie. Podobno zdążył się jej oświadczyć przed…  Przeklęta Bella, mam nadzieję, że smaży się w piekle!
                Przedzierając się przez tłumy, zerknęłam na witrynę sklepu. Moje włosy były bardziej nieokiełznane niż zazwyczaj, całkiem straciły blask.  Poświęcałam im jeszcze mniej czasu niż kiedyś. Moja skóra wydawała się być wręcz szara na tle czekoladowych oczu. Po wojnie, by zatuszować moje zmęczenie, używałam jakiegoś pudru. Nie chciałam, by chłopcy zaczęli się przejmować i mną. W końcu przestałam się tym zajmować. Naprawdę nie miałam czasu na takie głupoty… Zaczęło mi brakować czasu nawet na normalne jedzenie. Schudłam i to bardzo. Dawne ciuchy i tak zawsze szersze, wygodne, teraz zwisały na mnie jak na wieszaku. Ostatnio rzadko kiedy nie byłam na nogach, chyba jak spałam, co trwa jakieś cztery, pięć godzin.
Na świecie panuje zbyt wielki chaos. Koniec wojny nie oznaczał pokoju. Zakon Feniksa nie rozwiązał jeszcze swojej działalności. Aurorzy nie dawali sami rady z wyłapywaniem Śmierciożerców, którzy ciągle atakowali grupki mugoli, mugolaków i członków Zakonu Feniksa. Każdy czarodziej był potrzebny. Złapaliśmy już wielu popleczników Voldemorta, ale jeszcze wielu cieszyło się wolnością. Przerażało mnie to coraz bardziej, zwłaszcza ze względu na moich rodziców, których jeszcze nie znalazłam. Wciąż ich szukałam, pomagało mi w tym kilku aurorów. Bez skutecznie. Przepadli jak kamień w wodę. Nie wiedziałam, czy się cieszyć, w końcu to świadczyło, że moja ochrona się na coś zdała, czy też rozpaczać, bo każdego dnia umierałam ze strachu na myśl o nich. Bolało mnie, że nawet nie wiedzieli o moim istnieniu.
                W końcu trafiliśmy do naszego mieszkania. Jak zwykle powalczyłam z zamkiem, nigdy nie potrafię przekręcić klucza w odpowiednią stronę. Po dłuższej chwili staliśmy już w salonie połączonym z kuchnią. Pospiesznie położyłam zakupy na kuchennym blacie. Polubiłam nasz nowy dom. Salon był bardzo przestronny. Urządzony w barwach Gryffindoru, czułam się trochę jak w Pokoju Wspólnym w Hogwarcie. Mieliśmy nawet kominek! Wygodna, czerwona sofa stała naprzeciw telewizora, ta część domu stała się dla Rona ulubionym miejscem. Ja polubiłam kuchnię. Uwielbiałam przesiadywać przy kuchennym blacie na barowym krześle i czytać książki. Dużo gotowałam, nigdy zbytnio się tym nie zajmowałam, ale po kilku próbach uznałam, że to jak eliksiry, tyle że o wiele łatwiejsze.
                – Harry, Ron powinien wrócić ze sklepu za godzinę. Kazałam mu zaprosić George’a na obiad. Pomożesz mi?
                Mój przyjaciel tylko pokiwał głową. Rzadko kiedy się odzywał. Cóż… Cieszyło mnie to, że w ogóle się poruszał. W milczeniu wzięliśmy się do pracy.
                Godzinę później siedzieliśmy już przy stole z braćmi Weasley. George starał się z nami rozmawiać. Byłam mu za to wdzięczna. Właśnie zachwalał moje gotowanie. Mimowolnie spojrzałam mu w oczy. To już nie był wzrok z figlarnym błyskiem, a raczej przypominał ten samotnego starca, który wiele wycierpiał. Nie potrafiłam utrzymać kontaktu wzrokowego.  Czy ja też wyglądałam jak jedno wielkie nieszczęście, czy widać to, że od dawna tylko udaję? Pokręciłam głową.
                – Dziękuję George – odpowiedziałam na jeden z jego komplementów. – Jak wam idzie w sklepie?
                – Całkiem dobrze. Znów przychodzi wiele dzieciaków. Trzeba zrobić zapasy przed wyjazdem do szkoły. W sumie, gdyby nie Ron, nie wiem, czy ogarnąłbym cały ten towar – odparł straszy rudzielec.
                Posiedzieliśmy jeszcze razem godzinę. Ron z Harrym wzięli się za oglądanie jakiegoś mugolskiego meczu, a ja poszłam odprowadzić  George’a.
                – Jak się trzymasz? – wyrzuciłam z siebie pytanie, które nurtowało mnie od dawna.
                – Mógłbym zapytać  o to samo.  Dzięki, Miona, że pomagasz mojemu bratu. Ja… rodzice… jesteśmy tobie wdzięczni. Gdybyś potrzebowała pomocy…
                Uśmiechnęłam się do niego. Nie chciałam go martwić. Przecież dawałam sobie radę. Nie wiem, dlaczego zrobiło mi się tak bardzo przykro. Poczułam, że moje oczy zaczynają piec. Zdołałam wziąć się w garść na te ostatnie minuty.
                – Nie masz się o co martwić. U nas wszystko w porządku. Cieszę się, że przyszedłeś na obiad. Następnym razem weź Angelinę – odparłam z uśmiechem.
                Podszedł do mnie i, z trochę wątpiącą miną, przytulił mnie. Zaskoczona oddałam uścisk. Po chwili go nie było. Mimowolnie ścisnęłam pięści i oparłam się o zimną ścianę. Poczułam ciepłą ciecz spływającą po moich policzkach. Nie miałam już siły trzymać kącików ust w górze. Opadłam na ziemię. Moim ciałem wstrząsnął szloch. Nie było dobrze! Nigdy nie będzie! Nie miałam już siły… Musiałam wyrównać oddech. Chłopcy nie mogli mnie widzieć w takim stanie. Powoli zaczynałam normalnie oddychać, wytarłam oczy. W szybie okna nie wyglądały już na zaczerwienione. Ostatni wdech, uśmiech na usta i mogłam wejść do mieszkania.
***
                Przedzierałam się od departamentu do departamentu. Byłam po kolejnej misji. Złapaliśmy Rudolfa Lestranga. To naprawdę długa noc. Mąż Bellatriks zdołał się ukrywać  tak długo. W końcu namierzyli go aurorzy. Dla bezpieczeństwa połączyli siły z Zakonem Feniksa. Uciekał z kraju. W ostatniej chwili zdołaliśmy go złapać. Teraz przyszedł czas na robotę papierkową.
                Właśnie przechodziłam obok dwóch specjalnych cel. W jednej z nich umieszczony był Draco Malfoy, a w drugiej Blaise Zabini. Normalnie w Ministerstwie Magii nie robiono żadnego więzienia.  Jednak wyjątkowa sytuacja wymaga wyjątkowych środków. Próbowano od Malfoya wyciągnąć lokalizację ojca, lecz on ciągle upierał się, że jej nie zna. Za nim w zaparte brnął jego przyjaciel. Nie wiem, co mnie podkusiło. Po prostu chciałam z nimi pogadać. Nie powinnam, tym zajmowali się aurorzy, ale może ten jeden raz. Zrobiłam krok przed siebie, coraz bardziej zbliżałam się do celi Draco. On, słysząc stukot obcasów, odwrócił się w moją stronę. Patrzył na mnie zdzwiony. Jego zamglony wzrok wydawał się nie przyswajać informacji, dopiero po chwili znów stał się czujny. Wyczuł, że zbliża się do niego szkolny wróg.
                – Granger! Nie sądziłem, że możesz wyglądać jeszcze gorzej! Teraz jesteś po prostu chodzącym nieszczęściem! Aż żal patrzeć, szlamo!
                Zatrzymałam się w pół kroku. Tu nie chodziło o przezwiska, obrażanie. Dotarło do mnie, że tylko Malfoy zauważył moją depresję. Moi przyjaciele uważają, że ze mną jest wszystko w porządku, a mój wróg zauważa moją rozsypkę. Dlaczego? Mógłby na to zwrócić uwagę Ron lub Harry, zakończyliby moje udawanie. To coraz bardziej bolało, nie potrafiłam być silna. Ja też potrzebowałam pomocy.
                – Lepiej uważaj, co mówisz, Malfoy. Twoja wolność w dużej mierze zależy  ode mnie – powiedziałam, omijając uwagę o wyglądzie. Nie chciałam dodatkowej sprzeczki.
                Blondyn zaczął się śmiać, jednak to nie był zabawny dźwięk, raczej szyderczy, przepełniony goryczą i smutkiem.
                – Myślisz, że będę cię błagać o pomoc! Nie doczekanie twoje!
                Zdziwiłam się. Malfoy nie był tchórzem jak kiedyś. Dawniej chowałby się po kątach i robił wszystko, by wyjść. Przynajmniej tak mi się wydawało. Teraz miał ogromny honor, no i oczywiście pozostawał rasistą.
                – Nie chcę, żebyś mnie błagał. Uwierz mi, Malfoy, mam w sobie wiele goryczy, ale nie nienawiści. I… Nie rozumiem tylko, z jakiej racji tak długo cię przetrzymują, jakim prawem! Nie zasługujesz na więzienie, Malfoy.
                Chłopak popatrzył na mnie jakbym opowiedziała mu jakiś nieśmieszny żart. Szukał na mojej twarzy cienia kłamstwa. Nie znalazł go tam, mówiłam szczerze. Porozmawiam z Kingsleyem o tym. Może i chłopcy posiadali istotne informacje, ale nikt nie ma prawa ich przetrzymywać w areszcie, Malfoy ma prawo nie składać zeznań dotyczących rodziny, zwłaszcza, że Lucjusz bardziej teraz myśli o uciekaniu, niż o Śmierciożerstwie.
                – Granger, jesteś naprawdę dziwna… Serio masz tak dobre serduszko, czy jesteś jednak głupia?
                – To nie powinno cię obchodzić, Malfoy. Zawsze wyrażałam głośno swoje zdanie, jestem Gryfonem. Nigdy nie byłam jak wy Ślizgoni, zakłamani!
                – Wypluj to, szlamo! – warknął Draco.
                Pokręciłam głową z politowaniem. To ja miałam władzę, ja byłam na wolności. Zignorowałam jego krzyki i podeszłam do Blaise’a. Zabini był o wiele spokojniejszy. Spróbował się nawet uśmiechnąć na moje odwiedziny.
                – W końcu mam gości, już się bałem, że nikt się nie pojawi – spróbował zażartować Ślizgon.
                Mimowolnie  uśmiechnęłam się. Nigdy dobrze nie poznałam przyjaciela Malfoya, a wydawał się być całkiem sympatyczny. Na razie… Spojrzałam na niego uważniej. Na jego ustach gościł cień uśmiechu, chyba jego organizm na nic więcej mu nie pozwalał. Po wojnie mało co zostało z tego przystojniaka ze Slytherinu. Jego czarne włosy utraciły na blasku i objętości, wysportowane ciało w dużym stopniu pozostało wychudzone, jego oczy przybrały błędny wyraz, usta popękały, a oczy podkreślały ogromne wory. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na to, że niewiele lepiej prezentował się Malfoy. Nie żebym ich żałowała, ale naprawdę zmiana była diametralna, jak widać nie tylko u mnie.
                – Dlaczego nie zdradzisz Lucjusza Malfoya? Wypuścili, by was! – oznajmiłam prosto z mostu.
                – Nie mogę, straciłbym kumpla.
                Dopiero teraz zauważyłam, jaką ogromną przyjaźnią darzą się Draco i Blaise. Nie sądziłam, że Ślizgoni są zdolni do prawdziwej przyjaźni. Teraz zaczęłam sobie przypominać, że Malfoy od piątej klasy coraz rzadziej pokazywał się w towarzystwie Crabbe’a i Goyle’a, a chodził w towarzystwie Zabiniego.
                Pokiwałam głową w geście zrozumienia. Potem targana jakimś dziwnym impulsem, powiedziałam coś nie do końca mądrego:
                – Zrobię wszystko, żeby was stąd wyciągnąć – obiecałam.
                – Dziękuję… Miona – odparł po dłuższej ciszy.
                Zdzwiona spojrzałam na jego twarz. Nie było na niej wymalowanej kpiny, wydawał się szczerze dziękować. Dlaczego Malfoy nie może być jak jego przyjaciel, wszystko byłoby o wiele łatwiejsze. Blaise spokorniał, wojna go wiele nauczyła, w odróżnieniu od tej wstrętnej tchórzofretki.
                Opuściłam to pomieszczenie bez zbędnych słów. Nawet nie wiedziałam, co miałabym wykrztusić ze swojego gardła.
                Ruszyłam na jakiś mało uczęszczany korytarz, musiałam zapalić, zbyt wiele wrażeń na raz. Nie uważałam się za palaczkę. Palenie nie sprawiało mi żadnej przyjemności, ale bardzo uśmierzało moje nerwy, dawało krótkie zapomnienie. Sama nie wiem dlaczego. Może to przez ten smolisty dym, który podrażniał moje gardło. Wszystko to było obrzydliwe dla mnie na tyle, że skupiałam się tylko na tym ohydztwie. Powoli zaciągnęłam się. Etap strasznego kaszlu miałam już za sobą, przywykłam. Powoli moje myśli uspokajały się. Był tylko dym i zapach spalenizny. Potem koniec… Wyrzuciłam peta i rzuciłam na siebie zaklęcie, dzięki, któremu nie śmierdziałam dymem. Nie chciałam, żeby chłopcy to wyczuli, raczej nie spodziewają się, że przykładna Hermiona pali. Zwłaszcza Harry, nie chciałam go dodatkowo martwić. Pospiesznie wyszłam z ministerstwa, chciałam pogadać z chłopcami. Rozejrzałam się, było pusto. Teleportowałam się tuż przed drzwi mojego mieszkania.  Jak zwykle zmagałam się z kluczem, ale w końcu uraczył mnie znany zgrzyt zamka. W domu powitał mnie zabawny widok. Harry ścierką machał przy drzwiczkach do piekarnika, skąd ulatniał się dym z czegoś co najwyraźniej się spaliło. Ron próbował zaś używać telefonu, co nie wychodziło mu najlepiej, a każdy dźwięk wywoływał u niego rekcje obronną. Mimowolnie puściłam torebkę i wybuchałam szczerym śmiechem, naprawdę wyglądali komicznie. Chłopcy dopiero teraz mnie zauważyli. Pośpiesznie schowali za plecami piekarnik i zrobili miny w stylu “my nic nie wiemy”. Mi tymczasem poleciały łzy z oczu, od dawna tak szczerze się nie śmiałam.
                – Co wam przyszło do głowy, żeby gotować? – zapytałam ze śmiechem, wyjmując spalone na węgiel mięso z piekarnika.
                – Ostatnio dużo pracujesz, no a my… – zaczął Ron.
                – Postanowiliśmy się wziąć do roboty! – skończył Harry.
                Bardzo się ucieszyłam. Wydawało się, że moje życie może jeszcze wrócić do normy, że nastanie lepszy dzień.  Lecz to było krótkotrwałe rozjaśnienie przed burzą, już teraz to wiem…
                Jednak ten dzień był wspaniały. Chłopcy również śmiali się ze mną, zamówiliśmy pizzę. Spędziliśmy całe popołudnie razem.
                – Harry, jesteś chyba jedynym zawodnikiem, który złapał złotego znicza ustami. Jak smakuje?– spytał sarkastycznie Ron.
                – Śmiej się śmiej! Zobaczymy, kto następnym razem wygra mecz!– oznajmił ze śmiechem Harry.
                – Czy ty mnie wyzywasz na pojedynek, Stary?
                – A żebyś wiedział!
                – Nie chcesz tego!
                – A ty nam Ron może opowiesz jak smakują ślimaki? Słyszałam, że jesteś miłośnikiem kuchni francuskiej! – tym razem to ja zaczepiłam Rona. Harry parsknął śmiechem, jednak rudzielec pobladł.
                – Nie przypominaj mi o tym. Ta złamana różdżka nabawiła mi sporo biedy. Mama była tak wściekła po naszym locie z Harrym, że uważała to za solidną nauczkę.
                – Ale uratowała was przed Gilderoyem!
                Każdy z nas uśmiechnął się na to wspomnienie. Gdyby nie złamana różdżka Rona, Lockhart rzuciłby na chłopców Oblivate. Mimowolnie przypomniałam sobie o rodzicach. Oni też padli ofiarą tego zaklęcia z moich rąk. Tak marzyłam, by ich znów zobaczyć. Nie okazałam smutku, nie chciałam niszczyć tego dnia. Mimo to Harry wyczuł, że stoimy na grząskim gruncie i ścisnął moją dłoń. Uśmiechnęłam się w jego stronę. Ron też czegoś się domyślił i rozładował sytuacje.
                – Hermiona, była fanką Lockharta numer jeden – zaśmiał się pod nosem rudzielec.
                Żartobliwie zdzieliłam go po czubku głowy, co tylko wywołało głośniejszy śmiech moich przyjaciół. Faktycznie szalałam za tym uzurpatorem, ale miałam wtedy dwanaście lat!
                – Nie lubiłam go tak bardzo!
                Chłopcy spojrzeli na mnie wymownie i wybuchli śmiechem. Popatrzyłam na nich z udawaną złością, ale w końcu i ja się roześmiałam.
                Siedzieliśmy do późna. W końcu Ron oznajmił, że jest zmęczony i idzie spać. Pierwszy raz od bardzo dawna, pocałował mnie delikatnie w usta i wszedł do naszej sypialni. Rozpromieniłam się, byłam taka szczęśliwa, tak bardzo go kochałam. Bolało mnie, gdy gasł w oczach. Poczułam się jak na początku naszego związku, takie zwykłe muśnięcie, a rozpaliło każdą komórkę mojego ciała.  Spojrzałam jednak kątem oka na Harry’ego. Jego twarz zdobił uśmiech, ale w oczach widziałam żal i tęsknotę. Za co spotkało go tyle bólu? Podeszłam do  niego i pocałowałam w policzek, on na to złapał moją dłoń. Zaczęliśmy zmywać, na początku w totalnej ciszy, którą przerywał szum wody.
                – Hermiona… Ja… Widziałem, że byłaś zamyślona, gdy wchodziłaś. Coś cię gnębi, prawda? Wiem, że cała ta sprawa twoich rodziców…
                Nie słuchałam go dalej. Byłam zaskoczona, że cokolwiek zauważył. Ostatnio nie myślałam o nikim innym, tylko o chłopakach. A teraz jednak Harry zauważył, że coś jest nie tak. Zakręciłam wodę. Musiałam mu chociaż powiedzieć o Malfoyu, inaczej moja głowa eksplodowałaby. Nie wytrzymałabym dłużej tego stresu. Powoli byłam coraz słabsza. Z trudem powstrzymałam łzy.
                – Byłam w celi Malfoya i Zabiniego.
                – I to cię tak zmartwiło?
                Do moich ust cisnęło się, żeby powiedzieć wszystko. Poskarżyć się na wszystko, ale nie mogłam.  Kiwnęłam, więc twierdząco głową, co spotkało się z krytycznym wzrokiem Harry’ego.
                – Uważam, że Wizengamot przeciąga ich areszt, powinni zostać jak najszybciej osądzeni. Oboje są niewinni. Malfoy nie zdradzi kryjówki swojego ojca. Nawet jak ją zna… Ojciec to ojciec, mimo wszystko.
                Harry zamyślił się, widziałam, że rozważa moje słowa.
                – Chyba, że zalegalizują Veritaserum –  mruknął.
                – To się może stać. Zastanawiają się, czy podczas rozprawy nie użyć eliksiru na Ślizgonach.
                – Jak tak bardzo cię to gryzie, może warto pójść z tym do Kingsleya. To równy gość, zawsze można z nim pogadać. Jak chcesz pójdę z tobą.
                Uśmiechnęłam się i mocno przytuliłam Harry’ego. Czułam, że odzyskałam mojego przyjaciela, na którego mogłam zawsze polegać. 

Czytelnicy